Rocznik 1964-65

Wizja prowadzi do zwycięstwa, a dyscyplina do sukcesów

Propozycja podjęcia pracy szkoleniowej w sekcji młodzieżowej była dla mnie ogromnym wyzwaniem. Do dziś wspominam z wielkim szacunkiem odważną decyzję prezesa klubu, mgr. inż. Bolesława Jondro. Mimo mojego młodego wieku – miałem wtedy zaledwie 22 lata – obdarzył mnie absolutną autonomią. Dał mi całkowicie wolną rękę, nie narzucając żadnej odgórnej koncepcji szkolenia, naboru czy selekcji. Był to ogromny kredyt zaufania. Dziś wiem, jak rzadki to kapitał w sporcie. Jak pokazały lata, nie zawiodłem go, a tamten moment stał się początkiem realizacji moich młodzieńczych marzeń.

Od tamtej chwili całe moje życie rodzinne zostało podporządkowane terminarzowi rozgrywek, zgrupowań i wyjazdów.Byłem zmotywowany do szpiku kości. Wchodząc do sztabu szkoleniowego, w pewen sposób czułem się jak outsider. Jako jedyny nie miałem za sobą wieloletniej kariery na boiskach pierwszej ligi ani dyplomu magistra w kieszeni. Ta pozorna słabość stała się jednak moją największą siłą. Nie powielałem utartych schematów. Miałem własną, wyrazistą wizję i jasno zdefiniowany cel, do którego bezkompromisowo dążyłem razem ze swoimi zespołami. Chciałem – po ludzku – być najlepszym i podniosłem rękawicę. Osiągnięte później wyniki mówią zresztą same za siebie.

Ilustracja AI. Cel naszej wspólnej drogi, był tylko jeden...

Wiem, że moja młodzieńcza bezwzględność w dążeniu do celu, ówczesne metody i twarde decyzje bywały dla młodych zawodników czasami trudne do zrozumienia. Zresztą, były trudne również dla mnie. Przecież nie byłem bez serca – nie raz po przespanej nocy najchętniej zmieniłbym niektóre z nich. Nie mogłem jednak pozwolić sobie na bycie chorągiewką na wietrze; zależało mi na tym, by konsekwentnie zmierzać do celu. Droga na szczyt wymagała jednak ogromnych poświęceń. Wielu w tym czasie zrezygnowało albo musiało odejść, ale zostali najtwardsi – ci, którzy zaufali mojej wizji i podążyli wyznaczonym kursem. Nie liczyła się jednostka, lecz cały zespół. Laurem były dla nich tytuły Mistrzów Polski w kategorii juniorów, a dla sześciu z nich – Piotra Bara, Grzegorza Bila, Jarosława Frąckowiaka, Jacka Kalisza, Krzysztofa Kędry i Bogusława Szklarskiego – również w seniorach. Roman Temich byłby siódmym, gdyby nie jego wcześniejszy wyjazd za granicę.

Mogę mieć tylko nadzieję, że z perspektywy czasu moi dawni podopieczni z obu roczników, już jako dorośli ludzie, patrzą na tamtą dyscyplinę inaczej - z większym zrozumieniem. Że widzą w niej nie upór młodego trenera, ale solidny fundament swojego charakteru. Stali się ważną częścią mojego życia, a ich sukcesy pozostają moją najpiękniejszą satysfakcją.

IIustracja AI. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka i co przyjdzie nam wspólnie przeżyć...

1979 - Mistrzostwo Śląska Młodzików

stoją od lewej: Mariusz Przybyła, Jan Kremzer, Piotr Bar, Zbigniew Petla, Henryk Stępień, Roman Temich, w przyiadzie: Grzegorz Bil, Grzegorz Ślesar, Zbigniew Kaczor, Paweł Kulik, Andrzej Staropolski, Piotr Daniel

Mamy mistrzostwo! Nasz pierwszy tytuł w historii wywalczyliśmy w wyjątkowych okolicznościach.

W finale Mistrzostw Śląska Młodzików doszło do wewnętrznego, klubowego pojedynku. Zmierzyliśmy się z inną drużyną z naszego klubu, grającą w tym samym roczniku. Był to dosłowny mecz o wszystko, ponieważ w klubie mógł zostać tylko jeden zespół z tego rocznika. Sukces ten ma dla mnie szczególny wymiar. Finał ten przyszło drużynie bowiem rozgrywać w bardzo nietypowych okolicznościach. Z powodu kilkudniowego wyjazdu z Zabrza nie mogłem wspierać chłopaków z ławki, a moje obowiązki przejął kierownik zespołu, Jacek Borzucki. Na dodatek nasz zespół nie wystąpił wtedy w swoim najsilniejszym zestawieniu, co widać na pamiątkowej fotografii. Był to jedyny mecz w mojej karierze trenerskiej, w którym nie stałem przy ławce. Do dzisiaj na samą myśl o tym, co mogłoby się stać w przypadku porażki, przed oczami stają mi czarne scenariusze. Tym większa duma z postawy całej drużyny. Warto zaznaczyć, że w tamtym okresie nie rozgrywano mistrzostw Polski młodzików na szczeblu centralnym.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że tamten sukces był promykiem, który zapowiadał już wtedy to „coś” – narodziny prawdziwego zespołu z mistrzowskim duchem.

1981 - IV miejsce Mistrzostw Polski Juniorów Młodszych

stoją od lewej: Mariusz Przybyła , Piotr Bar, Mirosław Pukas, Grzegorz Bil, Zbigniew Petla, Jan Kremzer, Wojciech Żakowski, Andrzej Siewior, trener Stanisław Kopka, w przysiadzie: Paweł Kulik, Ludwik Krawczyk, Grzegorz Ślesar, Eugeniusz Kostewicz, brakuje Roman Temich, Grzegorz Franke

Źródło: „Głos Zabrza”

Źródło: "Sztandar Młodych"

Dziś trudno w to uwierzyć, ale zaledwie po czterech a niektórzy trzech latach treningów (w trudnych warunkach) narodził się zespół, który stanął do walki o medale Mistrzostw Polski podczas VIII OSM w Lublinie. Choć pechowa kontuzja stawu skokowego naszego czołowego snajpera, Romana Temicha, na ostatnim treningu przed wyjazdem na mistrzostwa osłabiła drużynę, podjęliśmy walkę podczas całego turnieju. Mecz o brąz w starciu z Wisłą Płock przegraliśmy 30:31 dopiero po dogrywce – tę porażkę ciężko przeżyliśmy, ale nas ona nie złamała. W myśl słynnego powiedzenia Olivera Kahna (FC Bayern): „Jaja, potrzebujemy jaj!”, drużyna pokazała charakter. W meczu tym dostałem czerwoną kartkę – jedyną na całej mojej drodze trenerskiej – i wtedy dobitnie uświadomiłem sobie, że Płock leży bliżej Warszawy niż Zabrze.

Zespół udowodnił to w 1982 i 1983 roku, zdobywając dwukrotnie tytuł Mistrzów Polski Juniorów Starszych. To była drużyna z prawdziwymi „jajami”. Determinacja tych chłopaków nie znała granic. Nawet gdy nasza mała salka (24 x 12 m) gimnastyczna szkoły podstawowej nr 9 była zimą malowana, nie było mowy o odwołaniu zajęć. Trenowaliśmy wtedy na szkolnym korytarzu, między przeszklonymi gablotami, biegając po schodach. Jako trener, po każdym takim treningu oddychałem z ulgą, że nikomu nic się nie stało, że gabloty są całe, a my zrobiliśmy kolejny krok naprzód.

Dlatego dzisiaj, patrząc na to z perspektywy czasu, mówię Wam jedno: Chłopcy, kapelusz z głowy i głęboki ukłon przed Wami za ten charakter!

Sędzią głównym tych mistrzostw był pan Mieczysław Kamiński – prawdziwa legenda polskiej piłki ręcznej. Podczas turnieju obowiązywał wprowadzony przez ZPRP przepis, który w kategorii juniorów młodszych nakazywał grę systemem „każdy swego” w pierwszej połowie meczu.

Niestety, sędziowie interpretowali ten obowiązek bardzo uznaniowo, co prowadziło do wielu paradoksów na boisku. Pojawiały się pytania: jak daleko obrona musi wyjść do przodu? Czy wolno przekazywać krycie, czy trzeba biegać za „swoim” przez całe boisko? Taki przepis, co zrozumiałe, faworyzował w pierwszej połowie drużyny o słabszych warunkach fizycznych. Drużyna mogła wrócić do obrony na linii 6. metra tylko wtedy, gdy grała w osłabieniu.

Podczas jednego z meczów postanowiłem „wykręcić numer”. Z własnej woli ściągnąłem z boiska jednego zawodnika i w piątkę stanęliśmy szczelnie przy linii 6. metra. Sędziowie boiskowi początkowo tego nie zauważyli (albo uważali, że tak można), ale pan Kamiński przy trzecim takim „osłabieniu” zareagował, mówiąc z niedowierzaniem, że tak robić nie wolno. Aczkolwiek... nigdzie w przepisach nie było to zabronione!

Jeszcze przez wiele lat, gdy nasze drogi się krzyżowały, pan Mieczysław z uśmiechem na twarzy „groził” mi palcem, wspominając tamten fortel.

Źródło: nieznane

Źródło: nieznane

Źródło: nieznane

Źródło: nieznane

Droga do Lublina wiodła przez półfinały w Puławach

od lewej: Ludwig Krawczyk, trener Stanisław Kopka, Mirosław Pukas

stoja od lewej: wiceprezes klubu Witold Sawicki, Roman Temich, Mariusz Przybyła, Grzegorz Bil, Ludwig Krawczyk, Zbigniew Petla, Wojciech Żakowski, Andrzej Siewior, Jan Kremzer, trener Stanisław Kopka, w przysiadzie od lewej: Ryszard Kwiatkowski, Grzegorz Ślesar, Piotr Bar, Paweł Kulik, Eugeniusz Kostewicz, Mirosław Pukas

trener Stanisław Kopka, działacz z Puław

stoją od lewej: Roman Temich, Ludwig Krawczyk, Andrzej Siewior Mariusz Przybyła, Jan Kremzer, trener Stanisław Kopka, Mirosław Pukas, Grzegorz Bil, Zbigniew Petla, w przysiadzie: Ryszard Kwiatkowski, Piotr Bar, Paweł Kulik, Wojciech Żakowski, Eugeniusz Kostewicz, Grzegorz Ślesar

Mirosław Pukas, Grzegorz Bil, Jan Kremzer, trener Stanisław Kopka

Droga do finałów VIII OSM w Lublinie wiodła przez Puławy, gdzie odbył się turniej półfinałowy. Był to nasz pierwszy udział w rozgrywkach szczebla centralnego, w których stawką była walka o medale, a nie tylko o puchar w jednym z wielu turniejów towarzyskich organizowanych w Polsce lub zagranicą. Zarówno chłopcy, jak i ja chcieliśmy się przekonać, na jakim etapie wyszkolenia się znajdujemy i czy zmierzamy we właściwym kierunku? Jak zespół poradzi sobie pod presją walki o awans do ścisłego finału?

Już sam udział MKS MDK Tarnów – klubu znanego z doskonałej pracy z młodzieżą w tamtym okresie – nie mówiąc o drużynie gospodarzy, zapowiadał ciężką przeprawę. Na miejscu okazało się, że trenerem zespołu z Tarnowa jest Stanisław Majorek były szkoleniowiec reprezentacji Polski seniorów i jedna z najważniejszych postaci w historii polskiej piłki ręcznej.

Po zakończonym zwycięstwem meczu trener Stanisław Majorek pogratulował mi wygranej i powiedział: „Masz dobrą drużynę”. Te słowa, w połączeniu z awansem do finałów z pierwszego miejsca, sprawiły mi ogromną satysfakcję. Dały mi też potężny impuls do dalszej pracy i utwierdziły w przekonaniu, że idziemy właściwą drogą.

Źródło: Głos Zabrza

1982 – MISTRZ POLSKI JUNIORÓW STARSZYCH KS POGOŃ ZABRZE

stoją od lewej: Paweł Kulik, Mariusz Przybyła, kierownik drużyny Jan Korzec, Harald Szyguła, Grzegorz Bil, Roman Temich, Andrzej Siewior, pedagog TG mgr Waleria Piela, prezes klubu mgr inż. Bolesław Jondro, trener Stanisław Kopka, w przysiadzie od lewej: Andrzej Lasko, Andrzej Staszewski, Gerard Kattla, Ryszard Kwiatkowski, Piotr Bar, Zbigniew Petla, Wojciech Żakowski, Eugeniusz Kostewicz, Jan Kremzer, Grzegorz Ślesar, brakuje Grzegorz Franke

Źródło: nieznane

od lewej: trener Stanisław Kopka, Piotr Bar, Gerard Kattla, Mariusz Przybyła, Andrzej Siewior, Eugeniusz Kostewicz, Zbigniew Petla, prezes klubu mgr inż. Bolesław Jondro, Roman Temich

Chwile, które zostają na zawsze...

Yesss… po 11 latach ponownie złote medale na szyi i puchar w rękach juniorów starszych KS Pogoń Zabrze. Uczucie nieopisanej radości mojej drużyny i mojej osobiście, tym razem z perspektywy ławki trenerskiej. Zapomniane łzy z Lublina, zapomniane ciężkie treningi na gorącej plaży w Krynicy Morskiej, zapomniane bolące mięśnie nóg. Jedyny finalista bez własnej pełnowymiarowej hali. Ukłon w stronę zarządu klubu za załatwienie hali na Sośnicy na krótkie zgrupowania dochodzące przed półfinałami i finałami, a działaczom GZKS Sośnica podziękowania za zrozumienie dla naszej trudnej sytuacji treningowej. Zorganizować coś w 1982 roku znaczyło wtedy przede wszystkim: załatwić dodatkowe kartki na mięso. Zespół finałowy mecz rozegrał koncertowo, dlatego też padła tak wysoka wygrana z Pogonią Szczecin 29:16.W turnieju finałowym po prostu pasowało wszystko. Najlepszym bramkarzem turnieju został uznany Piotr Bar, a najmłodszym zawodnikiem mistrzostw był Eugeniusz Kostewicz (obaj urodzeni w 1965 roku)!

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej.

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej.

Prezes klubu mgr inż. Bolesław Jondro. Człowiek, który dał mi szansę spełniać moje trenerskie marzenia...

Nikt o tym otwarcie nie mówił, ale czułem olbrzymią presję, bo jakże mogło być inaczej – liczył się tylko jeden z medali a właściwie wyłącznie złoto. Przecież zespół został wzmocniony na półfinały i finały przez Andrzeja Staszewskiego, Haralda Szygułę i Gerarda Kattlę (bramkarz) – cała trójka to rocznik 1963. Problem widziałem nie w obronie, ale w ataku pozycyjnym: jak w tak śmiesznie krótkim czasie zintegrować zawodników z pola, Staszewskiego i Szygułę (obaj zaliczyli już występy w pierwszym zespole), z resztą drużyny? Otoczenie albo nie chciało wiedzieć, że wtedy junior starszy to był rocznik 1963, albo nie znało dokładnie struktury mojego zespołu – większość stanowił rocznik 1964, a aż czterech zawodników urodziło się w roku 1965. Mimo to w całych rozgrywkach ligowych oraz w półfinałach i finałach zaprezentowali się znakomicie.

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej.

Choć sukces, jakim było Mistrzostwo Polski, nie wiązał się z żadną gratyfikacją finansową czy rzeczową, i nie doczekaliśmy się nawet oficjalnej fotografii, to przyznanie mi w tak młodym wieku honorowego członkostwa klubu było dla mnie – jako trenera – powodem do ogromnej dumy i satysfakcji.

NAJPIERW BYŁ PÓŁFINAŁ. DROGA NA SZCZYT NIGDY NIE JEST PROSTA

Ilustracja symboliczna AI - ale bardzo realistyczna.

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej.

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej.

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej

Zdobycie każdego mistrzostwa Polski nie wzięło się znikąd ani nie spadło z nieba. To owoc twardej rzeczywistości – zarówno ta drużyna, jak i ich młodsi koledzy podporządkowali absolutnie wszystko sportowemu sukcesowi. Bez względu na to, czy były to długie dojazdy – a dla niektórych wręcz kilkukilometrowe marsze pieszo, bo rzadko kursujące autobusy nie pasowały do godzin treningów, wyczerpujące jednostki treningowe na boisku asfaltowym lub w hali, późne powroty do domu – znosili to wszystko skupieni wyłącznie na zwycięstwie. Poddali się surowym regułom dyscypliny. Kierowani ogromnym głodem sukcesu, zawodnicy przełykali każdą frustrację i zmęczenie. Drużyna funkcjonowała czysto zadaniowo: znosili wszelkie trudy codzienności z jasnym celem przed oczami i wzrokiem utkwionym bezwzględnie w trofeum.

Krynica Morska. Hartowani w słońcu i piasku

Krynica Morska i największy wówczas ośrodek wczasowy na polskim wybrzeżu (ponad 1000 osób) stwarzały nam świetne warunki treningowe: wspaniała plaża, las z piaszczystymi wzniesieniami i boisko asfaltowe. W pierwszym okresie mieszkaliśmy pod namiotami, a dopiero później w domkach campingowych. Trenowaliśmy w pełnym słońcu lub w deszczu – w tym drugim przypadku przemoczone koszulki i trampki suszyło się w kuchennej kotłowni. Pobyt tam był dla moich drużyn prawdziwym „podkładem” pod dalszą pracę już w domu.

Orginalny odcinek plaży w Krynicy Morskiej

"Marakana" - tak nazwali chłopcy to wzniesienie. Po latach w tym samym miejscu. Piasek stwardniał i mocniej ubił go czas. Potu już nie ma, gwizdek milczy.

Uśmiech za chwilę zniknie, a pokażą się zaciśnięte pięści i podniesiony głos...

Trening na plaży to był niesamowity kontrast widoczny jak na dłoni. Tuż obok, zaledwie parę metrów od naszej strefy treningowej, leżeli wczasowicze. Rówieśnicy moich zawodników spędzali wakacje z rodzicami – bez obciążeń, bez rygoru, w pełnej beztrosce. Co czuli moi chłopcy, biegając w pełnym słońcu i patrząc na nich? Na pewno potworne zmęczenie i momenty zwątpienia. Widzieli, co tracą, ale wygrywał w nich głód sukcesu. Zamiast uciekać wzrokiem, przekuwali tę zazdrość w jeszcze cięższą pracę. Wyciskani do granic możliwości na piasku, musieli walczyć nie tylko z własnym ciałem, ale i z pokusą odpuszczenia, która dosłownie leżała obok nich na kocu. To właśnie w tamtych momentach, gdy ignorowali ten luz i biegli dalej, rodził się ich mistrzowski mental. Wybierali trudniejszą drogę.

Kadry z plaży (Ilustracja AI). Piasek wdzierał się w każdy zakamarek.

Oczekiwanie na kolejny wycisk. „Ile razy jeszcze...?” (Ilustracja AI)

od lewej: Mariusz Przybyła, Roman Temich, Grzegorz Ślesar, Jacek Kalisz, Ryszard Kwiatkowski, Paweł Kulik, Piotr Bar, Eugeniusz Kostewicz, Grzegorz Franke, Andrzej Siewior, "maskotka" drużyny

Legendarny amfiteatr „Patelnia” w ośrodku wczasowym w Krynicy Morskiej – miejsce kultowych dyskotek i występów największych gwiazd PRL-u.

Miny chłopców mówią wszystko. Chyba właśnie się dowiedzieli, że po kolacji czeka ich trzeci, dodatkowy, 45-minutowy trening rzutowy. Ta niespodzianka pokrzyżowała (i opóźniła) zaplanowane na wieczór spotkania towarzysko-rozrywkowe, które były zawsze nagrodą za cały dzień ciężkiej pracy.

od lewej: Piotr Bar, Eugeniusz Kostewicz, Andrzej Siewior, Paweł Kulik

Plażowa kulturystyka w pełnej okazałości – jak widać, humory dopisywały.

Łapanie cienia i ładowanie baterii wśród drzew Mierzei Wiślanej. Ostatnie uśmiechy przed kolejną ciężką jednostką treningową na „Marakanie“.

od tyłu: Andrzej Lasko, Mariusz Przybyła, Andrzej Siewior, Jan Kremzer, Grzegorz Franke, Ryszard Kwiatkowski, Mirosław Pukas, Piotr Bar, Grzegorz Bil, Wojciech Żakowski , Eugeniusz Kostewicz

Obóz w Krynicy Morskiej, jak zwykle, wykorzystaliśmy do maksimum. Drużyna wracała do domu z naładowanymi akumulatorami. Fundament pod misję obrony tytułu mistrzowskiego został położony. Siedząc w autobusie, czułem znajomą ulgę – znów wiozłem chłopców całych i zdrowych do rodziców. Choć to nie były dzisiejsze czasy, zagrożenia też istniały. Po treningach drużyna miała przecież czas wolny, włącznie z wyjściem na miasto pełne turystów i tętniące życiem. Rola trenera na obozie to nie tylko prowadzenie treningów, ale przede wszystkim całodobowa odpowiedzialność za życie tych młodych ludzi.

Po zdobyciu złota w Gliwicach znaliśmy już smak zwycięstwa, ale nasz apetyt tylko urósł. Ruszaliśmy do Jeleniej Góry z jasnym planem – nie interesował nas przypadek, chcieliśmy udowodnić, że nadal jesteśmy najlepsi w Polsce. Jako aktualni mistrzowie kraju stawaliśmy przed najtrudniejszym zadaniem w sporcie – obroną tytułu.

Cel: Jelenia Góra '83. Jedziemy powalczyć o coś większego!

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej

Zródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej

Źródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej

Przed półfinałami skrytykowałem w prasie zarząd klubu. Jak widać na zamieszczonym obok wycinku, zrobiłem to jednak bardzo dyplomatycznie: „W kraju jest obecnie osiem zespołów predysponowanych do mistrzowskiego tytułu. Kto go zdobędzie? Z pewnością juniorzy tego klubu, którego zarząd poważnie potraktuje przygotowania do mistrzostw Polski...”.

W ten sposób chciałem potrząsnąć działaczami i wytknąć im beztroskie podejście do organizacji naszych przygotowań. Czyżby sami nie wierzyli w obronę tytułu? A może uznali, że obronimy go automatycznie? Co ciekawe, później nie musiałem się nawet tłumaczyć z tych słów. Moja publiczna wypowiedź przyniosła jednak zamierzony skutek – przygotowania ruszyły pełną parą.

Ciągle podkreślam na tej witrynie twardy charakter moich drużyn. Chcę opowiedzieć tę historię jako jeden z przykładów potwierdzających moją opinię. Historię, która w dzisiejszych czasach z pewnością by się nie wydarzyła.

Był wtorek 19 kwietnia 1983 roku. Koncentracja w drużynie wzrastała z każdą godziną – przed nami stało najważniejsze wyzwanie sezonu: wyjazd na Mistrzostwa Polski do Jeleniej Góry. Po popołudniowym, lekkim treningu, który miał być tylko formalnością przed środową podróżą, podszedł do mnie mój pierwszy bramkarz, Piotr Bar ps.„Pająk”.

– Trenerze, boli mnie ząb – rzucił krótko. Przyjrzałem się jego twarzy, lecz na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku.

Wtedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że ta krótka uwaga zamieni się w wyścig z czasem.

W środę rano na zbiórce cała drużyna zamarła z wrażenia. Twarz mojego bramkarza była zniekształcona przez ropień. Opuchlizna podchodziła pod oko, sytuacja wyglądała katastrofalnie. Wiedziałem jedno: bez tego chłopaka w bramce nasze szanse na jeden z medali zmaleją radykalnie. Sukces w Mistrzostwach Polski mógł nam się wymknąć z rąk, zanim jeszcze na dobre się rozpoczęły.

Decyzja była natychmiastowa – jedziemy do dentysty. Zespół czekał w świetlicy klubowej, pozostawiony w niepewności.

W gabinecie stomatologicznym napięcie rosło wraz z oczekiwaniem na diagnozę. Pani dentystka posadziła szczypiornistę na fotelu. Po zbadaniu zakażonego miejsca i chwili namysłu zaproponowała standardowe, zachowawcze rozwiązanie:

– Musimy otworzyć tę jedynkę. Zrobimy mały otwór, żeby ropa miała jak schodzić...

Lekarka mówiła, ale ja już jej nie słuchałem. Wiedziałem, że mały otwór w zębie oznacza dni czekania, ciągły ból, ryzyko zatkania i absolutny koniec marzeń o grze w czwartek.

Stałem idealnie za fotelem, na którym siedział mój bramkarz odwrócony twarzą do dentystki. Kiedy lekarka przygotowywała narzędzia, musiałem podjąć błyskawiczną decyzję i postawić wszystko na jedną kartę. Uniosłem rękę, zgiąłem ją zdecydowanie w łokciu i zacisnąłem dłoń w pięść. Wykonałem jednoznaczne, bezkompromisowe gesty z góry na dół, skierowane prosto do lekarki: RWAĆ!

Medyczka po namyśle uległa, uznając, że w tej sytuacji to również najlepsze, choć radykalne rozwiązanie. Ekstrakcja otworzyła potężne ujście dla ropy, a podana chwilę później w zastrzyku uderzeniowa dawka penicyliny rozpoczęła w organizmie totalną wojnę z bakteriami. Piotr, jako dorosły facet i świadomy sportowiec, bez wahania poddał się zabiegowi – cel był jeden: GRAĆ!

Podczas jazdy autobusem chłopak dostał dreszczy – znak, że antybiotyk dokonywał masowej rzezi na bakteriach. Położyliśmy Piotra wszerz na siedzeniach i przykryliśmy go, czym tylko mogliśmy. Już wieczorem było widać wyraźną poprawę.

W czwartek rano przyszedł czas na drugi zastrzyk w szpitalu. Kilka godzin później, o 16:00, drużyna stała już w hali, przygotowując się do pierwszego meczu mistrzostw. Bramkarz, wciąż trochę osłabiony, ale z widocznie schodzącą opuchlizną, wszedł do bramki na rozgrzewkę i obronił kilka piłek.

– I jak? – zapytałem.

– Spróbuję – odpowiedział z pełnym przekonaniem.

To „spróbuję” przeszło do historii klubu. Piotr zagrał cały turniej jak w transie. Od czwartku do niedzieli rozciągnął na bramce niewidzialną pajęczynę, w którą łapał piłki, doprowadzając rywali do absolutnego zwątpienia. Drużyna, napędzana tą niesamowitą historią, była niezwykle zmotywowana i grała tak, jak na prawdziwych twardzieli przystało.

W niedzielę wszystko stało się jasne. Zespół zdobył upragniony złoty medal i obronił tytuł Mistrza Polski, a Piotr Bar został zasłużenie uznany za najlepszego bramkarza mistrzostw.

Najlepsze w tym wszystkim było to, że sam bohater i jego koledzy z drużyny przez długie lata nie mieli pojęcia o tym, co wydarzyło się za plecami „Pająka”. Dopiero po latach dowiedzieli się, że ich wielki wysiłek i sukces całej drużyny zależały od mojego dyskretnego, ale stanowczego gestu zza dentystycznego fotela.

Dziś, w dobie sterylnych protokołów i sztabów medycznych, coś takiego po prostu by się nie wydarzyło. Dzisiaj taki zawodnik z pewnością wylądowałby na trybunach.Tamte lata wymagały twardych decyzji i ryzyka, które jako dorośli ludzie podejmowaliśmy świadomie i na własną odpowiedzialność. Ten gest zaciśniętej pięści to czysta esencja mojej dawnej szkoły trenerskiej – bezkompromisowej, biorącej odpowiedzialność na siebie i pokazującej, że na sukces składa się nie tylko rzetelny trening, ale też momenty czystej, ludzkiej desperacji!

Ta rekonstrukcja idealnie pokazuje, co działo się za plecami „Pająka”. Jedyne, czego sztuczna inteligencja nie zdołała idealnie tu wiernie oddać, to wielkość opuchlizny – w rzeczywistości wyglądało to o wiele groźniej! Ilustracja AI.

Czasem desperację rozumie się jako skrajne, uparte dążenie do celu pomimo ogromnych przeszkód i zagrożeń. Może ona skłonić człowieka do radykalnych kroków, na które w normalnych warunkach by się nie odważył.

Jak "Pająk" - rozciągnął pajęczynę. Ilustracja AI

Gest zza fotela dentystycznego, czyli dramatyczna droga po złoto

Grupę przeszliśmy bez większych problemów, aczkolwiek trzeci mecz w grupie przegraliśmy. Mieliśmy dobrą sytuację wyjściową przed tym spotkaniem, dlatego zespół nie był już tak mocno zmobilizowany i chyba trochę myślami znajdował się w finale. Była też okazja, aby dać więcej pograć zawodnikom spoza pierwszej siódemki.

W finale naszym przeciwnikiem, zgodnie z oczekiwaniami, był zespół AZS Białystok – drużyna, która dwa lata wcześniej, w 1981 roku w Lublinie, zdobyła złoty medal w kategorii juniorów młodszych podczas VIII OSM. Był to zespół niezwykle doświadczony taktycznie i silny fizycznie. Kilku jego zawodników występowało jednocześnie z powodzeniem w II-ligowym zespole seniorów.

Białostoczanie mieli przygotowane zagrywki na każdą ewentualność, szczególnie na wypadek krycia ich bardzo groźnych rozgrywających. Wiedziałem też – bo drzwi do jednego z pokoi nie były dokładnie zamknięte – że najważniejsi panowie na boisku wezmą pod lupę naszą „dziesiątkę”, czyli Romana Temicha.

Przez głowę przemknęła mi błyskawiczna myśl: powiedzieć o tym zespołowi czy nie? Postanowiłem zachować tę informację dla siebie. Obawiałem się, że zamiast koncentrować się na grze, drużyna zacznie dyskutować.

Już w pierwszej połowie straciliśmy Romana Temicha, jednego z czołowych rzucających drużyny. Został wykluczony po raz trzeci, na 2 minuty, co oznaczało dla niego koniec meczu. Co więcej, trzecią karę otrzymał w sytuacji, gdy byliśmy w ataku! Każdy trener i zawodnik piłki ręcznej, który to czyta, wie z doświadczenia, że w takim spotkaniu było coś nie tak.

Do przerwy przegrywaliśmy 12:13. W drugiej połowie AZS Białystok odskoczył nam na 17:20. Wtedy dokonałem zmiany ustawienia w obronie, która kompletnie zaskoczyła przeciwnika. Białostoczanie zaczęli grać nerwowo i nie mieli pomysłu, jak poradzić sobie z naszym ustawieniem.

W ataku skrzydłowi szeroko rozciągali obronę przeciwnika. Współpraca rozgrywających z obrotowymi była fantastyczna. Zespół grał z głową, wiedział, czego chce w ataku. Bramki nie padały przypadkowo.

W obronie chłopaki doskonale przesuwali, co przy niemal permanentnej grze w osłabieniu było czynnikiem decydującym. Drużyna podniosła się i walczyła z takim zaangażowaniem i poświęceniem, jakie wpajałem jej przez wszystkie lata naszej wspólnej drogi.

Moje motto brzmiało: „Mecz przegrać nie jest nigdy hańbą, ale po walce.”

W sumie zaliczyliśmy 28 minut kar, w tym dwa razy graliśmy w czwórkę. Obrona znalazła jednak doskonałe wsparcie – czego nie udało się zatrzymać zawodnikom, bronił wspomniany wcześniej Piotr Bar. Rzuciliśmy 6 bramek z rzędu i nagle zrobiło się 23:20.

Skończyło się 24:23. Dowieźliśmy zwycięstwo do końca.

Przypuszczam, że gdyby ten mecz potrwał jeszcze pięć minut, nie dano by nam go wygrać. Ktoś może powiedzieć: czego się czepiam? Przecież zdobyliśmy ponownie tytuł najlepszej drużyny juniorów w Polsce. Moja odpowiedź jest prosta: czepiam się, bo nie tak powinno wyglądać współzawodnictwo drużyn, w którym naprzeciw siebie stają młodzi ludzie, będący dopiero na początku swojej sportowej kariery. Wychodzą na boisko z przekonaniem, że o zwycięstwie decydują przede wszystkim umiejętności, przygotowanie i walka sportowa, a nie inne czynniki. O tych „innych czynnikach” poświęcę osobny tekst na tej stronie. Chłopcy walczyli na boisku z ogromnym poświęceniem, a ja walczyłem „razem” z nimi, stojąc obok ławki. Byłem wtedy z nich bardzo dumny. To była moja krew, moja piłka ręczna. Internauta może powiedzieć: patos, tylko patos...Nie. To są słowa płynące z serca. Królem strzelców został Mariusz Przybyła – 39 bramek!, a najlepszym bramkarzem turnieju uznano Piotra Bara.

stoją od lewej: kier. drużyny Jan Korzec, Mariusz Przybyła, Zbigniew Petla, Grzegorz Bil, Piotr Irsak, Jacek Kalisz, Roman Temich, trener Stanisław Kopka, w przysiadzie od lewej: Andrzej Siewior, Wojciech Żakowski, Ryszard Kwiatkowski, Paweł Kulik, Grzegorz Franke, Janusz Szydlak, Eugeniusz Kostewicz, Grzegorz Ślesar, brakuje Piotr Bar

1983 – MISTRZ POLSKI JUNIORÓW STARSZYCH KS POGOŃ ZABRZE

Złoto zdobywa się sercem, broni się charakterem

Piłka ręczna to sport dla ludzi o określonym charakterze. Nie ma tu miejsca na kalkulację, miękką grę czy użalanie się nad sobą. Ale to, co wydarzyło się podczas finałowego meczu, przerosło nawet moje trenerskie wyobrażenie o ludzkiej wytrzymałości i determinacji. To był kolejny moment na tych mistrzostwach, w którym definicja „charakteru drużyny” zyskała najgłębszy, mistrzowski wymiar.

Po meczu okazało się, że limit cudów, poświęcenia i czystego szaleństwa na tamten turniej wcale nie wyczerpał się w gabinecie stomatologicznym. Kiedy w niedzielę wybrzmiał ostatni gwizdek, a my świętowaliśmy obronę tytułu Mistrza Polski, nikt z nas nie wiedział, że ten turniej zrodził kolejną legendę. Legendę lewej ręki.

W trakcie twardej walki Grzegorz Ślesar ps. „Spajker” z impetem upadł na parkiet po starciu z obroną rywali. Wstał i grał dalej. Przez ostatnie 20 minut harował na boisku, zbierał razy i blokował rzuty. Świadomość stawki i gigantyczna adrenalina całkowicie odcięły ból w jego mózgu.

W szatni pokazał mi spuchnięte lewe przedramię. Podjąłem decyzję, aby całą drużyną udać się do szpitala jeszcze w Jeleniej Górze, nie czekając na powrót do Zabrza. Dopiero zdjęcie rentgenowskie pokazało brutalną prawdę. Ciemna, podłużna rysa przecinała kość promieniową. Lekarz dyżurny patrzył to na kliszę, to na zawodnika, kręcąc z niedowierzaniem głową.

– Grałeś z tym przez jedną trzecią meczu? – zapytał z niemałym podziwem. Ponieważ pękła tylko jedna kość, druga utrzymała rękę w osi, a chłopak siłą woli dokończył mecz.

Patrząc na te dwa wydarzenia oraz historię Grzegorza Bila na turnieju w Zawadzkiem – gdzie mimo spuchniętej i sinej dłoni wciąż chciał grać dalej – a także na inne, o których pewnie nawet nie wiem, miałem pewność: mam drużynę z prawdziwym charakterem.

W dzisiejszych czasach, gdy tak bardzo chucha się na sportowców, takie szaleństwo i totalne poświęcenie zdarzają się niezmiernie rzadko. Moi zawodnicy nie kalkulowali. Nie pytali, czy boli i ile ich to będzie kosztować. Mieli w sobie ten unikalny, surowy gen twardzieli, który sprawiał, że gdy w grę wchodziło zwycięstwo lub złoto, ograniczenia ludzkiego ciała stawały się rzeczą drugorzędną. Te momenty z Jeleniej Góry i Zawadzkiego to nie był przypadek – to była czysta manifestacja niezłomnego charakteru drużyny, którą miałem zaszczyt prowadzić.

Adrenalina. Niezwykłe, jak ludzki organizm potrafi w takich chwilach oszukać biologię. To zasługa potężnego wyrzutu tego hormonu, który w ułamku sekundy odcina sygnały bólowe docierające do mózgu. Zamiast tego pompuje całą energię w mięśnie, pozwalając walczyć dalej pomimo poważnych urazów. W ferworze walki to nie ból dyktuje warunki, ale serce do gry.

Wizualizacja AI: Chwila prawdy na izbie przyjęć – to prześwietlenie nie kłamało.

Ilustracja AI - walka od pierwszej minuty do końca. Grzegorz Ślesar z numerem 5.

Bez znieczulenia...

Dlaczego ta rozbieżność w tytułach gazet? Bo to był mój drugi tytuł jako trenera, a trzeci w historii klubu.

Zródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej

Źródło: nieznane

Strona w budowie

Zródło: Głos Zabrza i Rudy Śląskiej

Następnie opiszę półfinały Mistrzostw Polski w Tarnowie z 1984 roku. „Zadra”, która po dziesiątkach lat wciąż we mnie siedzi. Zapraszam!

Kontakt

Masz pytania? Napisz do mnie.

reczna@pogonkopka.pl

Nota prawna i historyczna

Informacje o projekcie.
Strona pogonkopka.pl jest prywatnym, społecznym projektem o charakterze archiwalnym i edukacyjnym. Jej celem jest dokumentacja historii grup młodzieżowych sekcji piłki ręcznej KS „Pogoń” Zabrze w latach 1966–1989, z
WYŁĄCZNYM uwzględnieniem sukcesów szkoleniowych Stanisława Kopki.

Relacja z innymi podmiotami.
Serwis jest prowadzony niezależnie i nie jest oficjalną witryną żadnego byłego lub obecnie działającego klubu sportowego, w tym w szczególności klubu SPR Pogoń 1945 Zabrze. Wszelkie zbieżności nazw i symboliki wynikają wyłącznie z kontekstu historycznego opisywanego okresu (1966–1989) i mają na celu rzetelne oddanie faktów z przeszłości.

Prawa autorskie i materiały prasowe.
Materiał prezentowany na stronie (wycinki prasowe, fotografie, dokumenty) pochodzi z prywatnego archiwum Stanisława Kopki.
Materiały prasowe są publikowane w celach informacyjnych i dokumentacyjnych („użytek informacyjny”). Przy każdym materiale staram się wskazać tytuł prasowy. Jeśli są Państwo właścicielami praw autorskich do któregokolwiek z zamieszczonych materiałów i nie życzą sobie Państwo jego publikacji lub chcą uzupełnić informację o autorstwie, prosimy o bezpośredni kontakt. Niezwłocznie dostosuję się do Państwa prośby.

Brak charakteru komercyjnego
Strona ma charakter całkowicie niekomercyjny. Nie są na niej wyświetlane reklamy, nie jest prowadzona sprzedaż towarów ani usług, a dostęp do treści jest bezpłatny.

© 2026. All rights reserved.